Sąsiad chwali się, że pracuje na wysokim stanowisku w renomowanej firmie i świetnie zarabia, a starym Cinquecento jeździ tylko z sentymentu? W
Norwegii można sprawdzić, czy faktycznie zarabia tyle, że stać by go było na Mercedesa. Jak co roku, miedzy innymi na stronie
www.skatt.budstikka.no można sprawdzić, jakimi pieniędzmi obracał w zeszłym roku znajomy, szef albo gwiazda filmowa. W wyszukiwarkę wystarczy wpisać nazwisko oraz okręg, w którym dana osoba mieszka, by zobaczyć listę podatników o takich personaliach. Można też przejrzeć listę 50 osób, które w roku 2008 zarobiły w Norwegii najwięcej lub tych, które musiały zapłacić największy podatek, a także porównać siebie i innych do średniej krajowej.
Publikować, czy nie?
Dla przykładu dwudziestotrzyletni Alexander Rybak zamieszkały w gminie
Nesodden w roku 2008 zanotował dochód w wysokości 112 579 koron czyli w przeliczeniu według dzisiejszego kursu 55 929 złotych. To bardzo niewiele, biorąc pod uwagę, że z wyliczeń podanych na stronie
www.nrk.no wynika, iż przeciętny mężczyzna w 2008 roku zadeklarował dochód wynoszący w przeliczeniu 138 739 złotych, zaś przeciętna kobieta - 89 330 złotych. Powyżej średniej zarobił w 2008 roku norweski premier, w przeliczeniu aż 566 698 zł. Dobrze wiodło się też pisarzowi Jo Nesbø, który zadeklarował dochód w wysokości 3 822 281 złotych. Z publikowanych danych o zarobkach nie dowiemy się, co kto ze swoimi pieniędzmi zrobił, to wymaga osobnego "śledztwa", które w przypadku osób publicznych bardzo trudne nie jest, bowiem norweska prasa publikuje wiele danych dotyczących finansów. Na przykład Nesbø większość swojego zeszłorocznego dochodu z nowej książki przeznaczył na walkę z analfabetyzmem w krajach trzeciego świata.
Publikowanie danych o zarobkach wciąż budzi w Norwegii kontrowersje, choć jak powiedział premier
Jens Stoltenberg dla dziennika "Adresseavisen": "publikowanie tych danych ma w Norwegii długą i dobrą tradycję".
Partia Postępu (FRP) i jej liderka
Siv Jensen uważają z kolei, że należy dążyć do zmian w prawie pozwalającym na publikację. Zdaniem Jensen ta "tradycja" przyczynia się do wzrostu poziomu kradzieży i przestępczości zorganizowanej. Wielu Norwegów traktuje sprawdzanie danych o zarobkach jak dobrą zabawę (można się przekonać, kto w miasteczku zarabia najwięcej), nie myśląc o tym, iż dla niektórych ta publikacja staje się źródłem cierpienia. Jensen powiedziała na łamach prasy, że są w Norwegii dzieci wyśmiewane przez rówieśników, bowiem ich rodzice mają niskie dochody.
W ankiecie przeprowadzonej dzisiaj przez portal informacyjny adressa.no 62% uczestników opowiedziało się przeciw publikowaniu danych o zarobkach, zaś 28% uznało je za dobry pomysł.
Przeciwnicy
Anders Jensen pochodzący z małej miejscowości w
Nord Trøndelag jest przeciwnikiem jawności danych o zarobkach.
- Życie w małej miejscowości po publikacji tych danych staje się na jakiś czas nie do zniesienia. Sąsiad potrafi wypomnieć, że dajesz za mały datek na lokalny klub sportowy, chociaż "wszyscy wiedzą", iż stać cię na więcej – mówi. – Możesz dostać spadek po rodzicach, a znajomy mający problemy z własnym życiem będzie rozpowiadał, że pewnie robisz nielegalne interesy, bo skąd taki majątek przy zarobkach pracownika stacji benzynowej? Moim zdaniem, dokąd człowiek jest uczciwy, jego przychody są wyłącznie jego sprawą i nic nikomu do tego.
Przeciwnicy jawności danych o zarobkach przekonują, iż szczególnie dla ludzi o niskich dochodach publikacja bywa krępująca. Jeśli miałeś gorszy rok, to na pewno ostatnią rzeczą, jakiej pragniesz, jest opowiadanie o tym całemu miastu.
Zwolennicy
Ci, którym jawność danych o dochodach się podoba, argumentują, iż tylko ludzie nieuczciwi mają w tej sprawie coś do ukrycia. Rozmowy o zarobkach rzadko kogokolwiek ranią, bowiem nie toczy się ich publicznie. Jeśli ktoś ma ochotę zajrzeć za pośrednictwem strony internetowej do kieszeni sąsiada, to nie czyni z tego przedmiotu debaty publicznej. 21 października Norwegowie nie odwiedzają się celowo, po to by omówić, kto i dlaczego w roku poprzednim zarobił daną sumę. Zdaniem zwolenników publikacji danych o zarobkach, głośne komentowanie wysokości czyichś dochodów nie jest rozrywką narodową. Jawność danych ma w zamierzeniu służyć przejrzystości i gwarantować uczciwość podatkową obywateli.
Polacy na to…
Podzielone opinie panują także wśród mieszkających w Norwegii Polaków. Większość deklaruje, że nie ma zamiaru sprawdzać dochodów znajomych. W Polsce nie ma takiego zwyczaju, pytanie o zarobki nie leży w dobrym tonie – argumentują Polacy. Niektórzy twierdzą natomiast, że jawność dochodów jest bardzo pożyteczna. W Norwegii trudniej niż w Polsce ukryć dochody, wykręcać się od płacenia podatku i zarabiać miliony na podejrzanych interesach.
- Nie wchodzę na strony ze skattelister – mówi Barbara z Trondheim. – Dzięki temu, że dowiem się, ile zarobiła koleżanka z pracy, mnie pieniędzy nie przybędzie. Mogę tylko ewentualnie popaść w przygnębienie widząc, że zarabiam poniżej średniej norweskiej – śmieje się.
Z Trondheim dla polonia.wp.pl
Sylwia Skorstad
TAGI:
zarobki
internet
dane osobowe
norwegia