Obecnie mówi się o historii, jako o nauce faktów, które trzeba zinterpretować. Jak Pani widzi historię?
- Zawsze mnie dziwiło to, że w Polsce widziało się historię, jako naukę wykorzystywaną "w jakimś celu". To wygląda tak, jakby nie było potrzeby studiowania historii, jako takiej, ale trzeba to robić w jakimś celu, jak choćby w celu obrony prawd, które przekazywane są młodym generacjom. Rzeczywiście, jestem zdania, że należy myśleć dla samego myślenia, a nie w jakimś celu, np. żeby udowodnić czy rzeczywiście nas zdradzili, czy coś takiego. Z chwilą, gdy zaczyna się pracę w archiwum, takie podejście jest kwestionowane. Fakty są istotne, ale nie można ich nadinterpretować, trzeba im się poddać, trzeba pamiętać, że często fakty nie potwierdzą naszej hipotezy.
Teraz jest czas reinterpretacji historii.
- To już jest nudne. Brałam udział w takich wykładach historyków z IPN-u. Nie były dobre, bo składały się głównie z krzyczenia, że trzeba tych łotrów ukarać, hołotę rozgromić - tych, którzy współpracowali, którzy się sprzeniewierzyli… I to były duże słowa, duże hasła, ale jeśli chodzi o analizę historyczną, to było zero… Po upadku komunizmu wyrosła cała generacja ludzi, którzy cieszą się wolnością, swobodą.
…ukarania winnych…?
- Najważniejsze jest żeby chcieć zrozumieć. Musimy (Polacy, przyp. red.) przerzucić się na drugą stronę… Ale pojawia się pytanie - nawet, jeśli zacznie się o komunizmie mówić w sposób bardziej zrównoważony, to czy jesteśmy gotowi słuchać? Wydaje mi się, że w grę wchodzi też kwestia polityków, którzy chcą wykorzystać nacjonalizm, jako bardzo płytki sentyment. Dla nich te fajerwerki są potrzebne. Więc stwarza się historię, bo to już nie jest próba odtworzenia wydarzeń i ich zrozumienia. Byłam w tamtym roku w lecie w Polsce i widziałam, że Powstanie Warszawskie było celebrowane w Warszawie w sposób niezwykle agresywny. Można było pójść z dziećmi na Starówkę i dzieci mogły budować barykady i być "małymi powstańcami"… Oczywiście to jest dobre i trzeba dzieciom tłumaczyć historię, ale czy to było celem tej całej imprezy, czy celem było przekazanie młodej generacji, żeby ona też nienawidziła… Całe odtwarzanie Katynia, czy powstania, to nie jest studiowanie tego, co się stało, ani szerzenie zrozumienia. Nie. To jest przekazywanie nienawiści. Jestem bardzo przeciwna temu, że oczekujemy od kolejnych generacji, żeby one też uznawały Rosjan za wrogów, bo nie przyszli w odsiecz Warszawie, czy z powodu Katynia… co zastanawiające w tamtym roku mało się mówiło o Niemcach.
Front polityczny nie był ku temu odpowiedni?
- Może o to chodziło. Takie celebrowanie jest bardzo wulgarne i uważam - bardzo niebezpieczne, bo używane w celach politycznych. Więc, mimo tego, że młodzież widzi potrzebę odsunięcia na bok tej ciążącej nam historii i chce być, po prostu, młodymi ludźmi, a nie "małymi powstańcami", to jednak mamy w Polsce jeszcze tradycję wymagania od młodych ludzi specyficznie pojętego patriotyzmu.
Co Pani myśli o współczesnych stosunkach polsko-angielskich, dużo się zmieniło.
- Wszędzie widzi się Polaków, ale o ile trwa nagonka na cudzoziemców w Anglii, to o Polakach źle się nie mówi, co mnie mile zaskakuje. Jestem jednak zażenowana zachowaniem niektórych Polaków. W radiu 4, dość bezstronnym zresztą, mówiono niedawno o problemie stworzonym przez napływ polskich dzieci do brytyjskich szkół. Z dziećmi nie ma problemu, w zasadzie - jest problem z rodzicami, którzy wymagają, żeby ich dzieci nie były uczone przez nie-białych nauczycieli… Więc, co my przekazujemy dzieciom? To wychodzi z domów. A ponadto nadal funkcjonuje pojęcie, że Anglia jest coś nam, Polakom winna… w jakiś sposób, emocjonalny i materialny... Takie stwierdzenie robi dziwne wrażenie na Anglikach. Niestety jest to wynik naszych wewnętrznych rozgrywek politycznych, ale też wygląda to tak, jakby w Polsce nie można było się pogodzić…
…z przeszłością. Mówi się, że Polacy bardziej żyją przeszłością niż przyszłością.
- To jest ciekawe stwierdzenie, bo przecież przyszłość, jak nigdy wcześniej, jest dla Polski pozytywna.
TAGI:
wielka brytania
historia
polska
prażmowska