Ealing Abbey. Zabytkowy kościół, ciekawa historia. Tłum wypełnia świątynię. Są Polacy i Anglicy, wychowankowie z Mazurów i uczniowie ze szkół oraz uczelni w których uczył. Młodsi i starsi; przyjaciele i znajomi.
– Katastrofa smoleńska, potem dewastujące powodzie. Ten rok doświadcza nasz kraj w tragiczne wydarzenia. Teraz odszedł od nas Włodek. Ale pamiętajmy - śmierć to nie koniec; to początek nowej drogi – mówi rezydujący na co dzień w Rzymie arcybiskup Szczepan Wesoły, który w asyście księży z polskich parafii w Londynie odprawił nabożeństwo żałobne za duszę śp. Włodka Lesieckiego.
Z ułańską fantazją
Zginął tragicznie, podczas pobytu w Polsce. Miał 63 lata. Chociaż duchem był znacznie młodszy. W świetnej formie fizycznej, pełen energii, wywijający na scenie oberki, zbójnickie, krzesane... O Włodku i Mazurach na łamach Dziennika pisałem kilkakrotnie. Miło było się spotkać, pogadać, wypić piwo. Zawsze uśmiechnięty, pełen pomysłów i pasji. "Pozytywny facet" - takie odniosłem wrażenie po pierwszym spotkaniu. I tak już zostało.
- Nie ma ludzi niezastąpionych, ale w tym przypadku będzie to naprawdę trudne. Włodek był nie tylko kierownikiem, liderem, ale przede wszystkim kolegą i dobrym duchem – opowiada tańczący od lat w Mazurach dr Ryszard Szydło i przypomina sytuację, kiedy wspólnie jechali na koncert na Węgry. – Zabrakło dwóch miejsc w autobusie dlatego Włodek postanowił, że we dwójkę dojedziemy samochodem. Chociaż nie znał drogi uparł się, że nie kupi mapy - musimy dotrzeć na wyczucie. Ot, taka ułańska fantazja. Długa to była podróż, z wieloma przygodami po drodze. Ale w końcu dojechaliśmy...
Taki był Włodek. - Z nim nie można było się nudzić. Często wychodził i wracał do biura bo okazywało się, że zostawił to czy tamto. Czasami nawet po kilka razy – mówi Sylwia Meller, kapitan drużyny siatkarek polskiej YMCA. To właśnie w ramach tej organizacji działają Mazury.
Wspólny język
Trumna, na wieku czapka ze strusim piórem. Ubrani w ludowe stroje koledzy i wychowankowie z zespołu. Modlitwa, wspomnienia przyjaciół i najbliższych. Dwie córki, syn, żona Basia. Poznali się, a jakże, w Mazurach. Włodek – dzięki ojcu Bolesławowi, dyrektorowi brytyjskiego oddziału polskiej YMCA - związany był z grupą niemal od zawsze; na pierwsze zajęcia trafił jako 4-letni brzdąc. I był tam wówczas jedynym chłopakiem. Z czasem zespół stał się sławny w polskim i angielskim środowisku zyskując miano wizytówki polskiej kultury na Wyspach Brytyjskich. A Włodek kierował nim przez ostatnie... 38 lat.
Ale nie tylko tańcem żył. Należał do harcerstwa morskiego, uprawiał różne sporty, jeździł na obozy jako instruktor i wychowawca. Jego pasją była nauka języków obcych. Posługiwał się piękną polszczyzną (mimo że urodził się w obozie w niemieckim Bramsche, całe życie mieszkał w Anglii, a nad Wisłą bywał sporadycznie), znał francuski, rosyjski i hiszpański. Uczył się też hebrajskiego. Ukończył romanistykę oraz pedagogikę na University of Sussex, potem przez wiele lat wykładał na uniwersytetach w Londynie i Surrey. Ostatnio też w liceum.
- Wiele lat temu Włodek uczył muzyki w szkole na Ealingu, do której chodziły również moje dzieci. Jak zaczynał, szkołę uznawano za jedną z najgorszych w Londynie, były duże kłopoty natury wychowawczej z uczniami. Jednak on potrafił szybko znaleźć z nimi wspólny język, wciągnął w swój muzyczny świat i sytuacja uległa diametralnej poprawie – wspomina nauczycielka Barbara Korzeniowska.
Ostatnia droga
Niemal dwie godziny. Tyle czasu trwało nabożeństwo żałobne. Piękna uroczystość, wspominanie przeszłości. I pytania o przyszłość – tę ziemską, i tę poza... Co dalej, dokąd zmierzamy? Wyprowadzenie trumny, ostatnia droga - przy dźwiękach poloneza Wojciecha Kilara z "Pana Tadeusza", krematorium...
A potem stypa - w pałacu Jana Żylińskiego na Ealingu. To miejsce tętni życiem, organizowano tu już wiele charytatywnych imprez. Jednak dzisiejsze przyjęcie jest szczególne. – Włodek był niezwykłą postacią, nie tylko w polskim środowisku. Tacy ludzie tworzą historię – mówi Żyliński.
Na stołach jedzenie, wino. Sala balowa. Jeszcze niedawno rozmawialiśmy w tym miejscu, Włodek opowiadał o planach na najbliższe miesiące. A miał ich wiele... Teraz zostały zdjęcia i slajdy wyświetlane na rzutniku. Na wakacjach, z dziećmi, na scenie... Odszedł w biegu, tak jak żył. Kiedyś na pytanie o życiowe motto wymienił dwa - "zachowuj się tak, jakbyś chciał żeby zachowywano się wobec ciebie". A także – "nie trać dnia, bo nie ma nic gorszego jak powiedzieć Diem perdidi". Ten dzień już nigdy nie wróci...
Piotr Gulbicki
TAGI:
wielka brytania
polak
londyn
pogrzeb
wspomnienie
włodek lesiecki