Graża Grużewska: Pochodzisz z Ostrowa Wielkopolskiego. Opowiedz, jak robi się światową karierę, startując z tak niewielkiego miasta?
Wiesław Dudek: - Jedni mówią, że to bóg wszystkim kieruje, inni, że los. Mną pokierowała siostra. Sprawiła że wyjechałem do Łodzi do szkoły baletowej. Moja najstarsza siostra jest artystą cyrkowym. Skończyła szkołę cyrkową w Julinku i potem pracowała ponad 25 lat w cyrku. To był jej pomysł, żeby mnie "wrzucić" w szkołę baletową.
Prawdopodobnie widziała - już jak byłem małym chłopcem - że mam znakomite proporcje i zadatki na tancerza. Przekonała mamę do swojego pomysłu. Mama przyklasnęła tej idei.
Oczywiście, kiedy miałem osiem lat, nie w głowie mi było, żeby tańczyć. Interesowała mnie piłka, rowery, różne sporty. Zresztą ciężko w wieku kilku lat podjąć jakąkolwiek życiową decyzję. Najczęściej podejmują ją za nas rodzice. Dlatego ja nie powiem, że chciałem tańczyć, natomiast jak już wpadłem w ten wir baletowej szkoły…
Egzaminy zdałem bardzo pozytywnie i od samego początku wszyscy pokładali we mnie wielkie nadzieje. Z roku na rok było coraz lepiej, coraz bardziej mnie to interesowało. Zaczęły się próby, potem pierwsze spektakle na scenie. Wówczas połknąłem tego bakcyla.
Czyli nie zawiodłeś pokładanych w tobie nadziei?
- Mam nadzieję, że nie! (uśmiech) Jako jeden z niewielu wspiąłem się tak wysoko.
Dwa razy zostałeś mianowany najlepszym absolwentem szkoły baletowej w Polsce. Czy to wpłynęło znacząco na twoją karierę?
- W 1993 roku, będąc jeszcze w piątej, czy w szóstej klasie dostałem wyróżnienie na Ogólnopolskim Konkursie Baletowym w Gdańsku.
Jak funkcjonuje szkoła baletowa?
- Nauka w szkole baletowej trwa 9 lat. Jest to szkoła podstawowa połączona ze szkołą średnią. Są wszystkie przedmioty, jak w normalnej szkole, plus tańce zawodowe.
Wychodziłem do szkoły o 8 rano, wracałem o szesnastej lub osiemnastej, czyli 8 do 10 godzin dziennie. Od dziewiątego roku życia mieszkałem w bursie i moje życie przez następne 9 lat wyglądało tak: bursa - szkoła, bursa - szkoła. Na weekendy czasami zdarzało mi się pojechać do domu. To była super frajda! Często słyszę pytanie: jakie było twoje dzieciństwo?
Nie mogę powiedzieć, że było super. Było ciężko! W dziewiątym roku życia opuściłem dom, wyjechałem do internatu i ciężko pracowałem!
Czyli można powiedzieć, że balet jest dla twardzieli?
- Zdecydowanie tak! Trzeba mieć charakter i dążyć do celu. Duch i ciało muszą być silne.
Jaka to była szkoła?
- Szkoła Baletowa w Łodzi.
A co było potem?
- Kiedy skończyłem szkołę, dostałem kontrakt w Teatrze Narodowym w Warszawie. Był to kontrakt z perspektywą na lata, po roku wyjechałem jednak z Warszawy, ponieważ nie widziałem tam mojej przyszłości. Nie było to miejsce dla mnie. W 1997 roku wróciłem do Łodzi do Teatru Wielkiego, gdzie dostałem kontrakt solisty. Po roku dostałem kontrakt pierwszego solisty. Miałem wtedy 20 lat.
Te trzy lata spędzone w Łodzi bardzo wiele mi dały - partie solowe, aktorstwo, oswojenie się ze sceną. Potem w 2000 roku wyjechałem do Stuttgartu. W tym mieście jest jeden z najlepszych zespołów baletowych w Europie.
Dla mnie to przede wszystkim był najpierw szok, a potem wielka radość, że do takiego zespołu mogłem się dostać. Jest to zupełnie inny poziom niż w Polsce. Mnóstwo znakomitych tancerzy z całego świata. Nabrałem doświadczenia, wiele się nauczyłem. Po trzech latach wiedziałem jednak, że stoję w miejscu. Nie widziałem dalszych perspektyw i zacząłem szukać innych teatrów w Europie, a przede wszystkim w Niemczech.
Nadarzyła się okazja. Rozmawiałem z Vladimirem Malakhovem, który był w Stuttgarcie gwiazdą, solistą baletu i w 2003 roku został dyrektorem w Berlinie. Od razu zaangażował mnie na solistę.
Po raz pierwszy znalazłem się w Berlinie i obawiałem się, że będzie mi tutaj ciężko się zaaklimatyzować, ponieważ w Warszawie nie mogłem się w ogóle odnaleźć.
TAGI:
polak
niemcy
sztuka
kultura