Niedawno był pan z grupą kombatantów w Tockoje i Buzułuku, szlakiem generała Andersa.
- Początkowo planowaliśmy w sierpniu wyjazd, co najmniej trzynastu osób z Wielkiej Brytanii, lecz wyjazd nie doszedł do skutku - pojawiały się różne trudności, m.in. kłopot z przejazdem na trasie z Moskwy do Samary. Ostatecznie wyjazd doszedł do skutku w listopadzie, już w nieco mniejszym składzie, pojechało nas ostatecznie dziewięć osób.
Musze dodać, że listopad wydawał się złym czasem na wyjazd na Syberię, tym bardziej byliśmy dobrze przygotowani - zabraliśmy ciepłe ubrania, kożuszki… A tymczasem pogoda była taka sama, a nawet może lepsza jak w tym czasie w Anglii. Nasze obawy (i praktyka sprzed lat) nie sprawdziły się.
Jakie są Pańskie doświadczenia z tamtych lat?
- Moja Syberia to najwcześniejsze wspomnienia z dzieciństwa, jakie pamiętam. Jako czteroletnie dziecko przemierzyłem Syberię z północy na południe. Z rodziną jechaliśmy w gronie nam podobnych nad Morze Kaspijskie. Moje miejsce to był Guzar, ojciec zmarł na następnej stacji, w Jakubaku. Na tej trasie na południe pochowanych jest wielu Polaków. Trudno nawet mówić o prawdziwych pogrzebach, to były szybkie pochówki, ciała ludzkie w pospiesznie wykopanych płytkich grobach przy torach, przysypane piaskiem. Ludzie konali z wycieńczenia, umierali na tyfus. Ja mam dobrze zachowany w zakamarkach dziecięcej pamięci pogrzeb ojca.
Był pan na grobie ojca w latach późniejszych?
- Kilka lat temu pojechałem w tamte strony, do Guzaru, szukać grobu ojca. To było podczas wyjazdu grupy kombatantów do Taszkientu przygotowanego przez ministra Andrzej Przewoźnik, ówczesnego sekretarz Rady Pamięci Walk i Męczeństwa. Jechaliśmy całą grupą na polskie cmentarze - staraniem ministra Przewoźnika tam jest dzisiaj bodajże 11 różnych miejsc pochówków naszych rodaków, w tym cmentarz w Guzarze, gdzie spoczywa mój ojciec.
Jakie jest, więc to pańskie najwcześniejsze wspomnienie z dzieciństwa?
- Wie pan, dziś wydaje mi się, że zsyłkę pamiętam bardziej z opowiadań rodziny i starszego rodzeństwa, niż z własnych doświadczeń. Wszyscy starsi chodzili do pracy, rąbali drzewa. Ja byłem wtedy małym dzieckiem, prowadzono mnie do szkółki. Szło się wśród śniegu wysokiego na dwa metry. Pamiętam, że uczono nas piosenek sławiących imię Stalina. Nie przypominam sobie dziś melodii, ale słowa dość mocno wryły mi się w pamięć: Stalin przedstawiany, jako "słoneczko pokoju", które nam wschodzi rano i towarzyszy przez cały dzień aż do wieczora...
Ojciec wyjechał z posiołku wcześniej, matka z nami (trojgiem dzieci) ruszyła jego śladem. Dojechaliśmy do pewnego punktu na trasie nad Morze Kaspijskie, zamieszkaliśmy w Jakubaku przy torze kolejowym w składzie na węgiel, matka z Mietkiem (młodszym, trzyletnim bratem) trafiła do szpitala chora na tyfus, mną opiekował się straszy brat Józek. Ojciec zobaczył nas z pociągu przejeżdżając przez to miejsce, gdzieś wypatrzył mnie bawiącego się przy torze kolejowym. Na następnej stacji wydostał się, więc z wagonu i pieszo wracał do nas. Znalazł matkę w szpitalu, ale sam zachorował na tyfus. Tydzień później umarł.
Nasze dalsze losy potoczyły się podobnie jak wszystkich innych. Ja pamiętam dobrze przeprawę przez Morze Kaspijskie. To była bardzo burzliwa podróż. Wiele ludzi chorowało. Trzeba przypomnieć, że na statku byli i żołnierze, i cywile. To decyzja generała Andersa, bo Stalin zgodził się tylko na wyjazd polskiej armii - dzięki Andersowi na Środkowy Wschód trafili wszyscy. I dzięki temu przeżyli.
Dojechaliśmy do Pahlewi, potem Teheranu. Później Indie, sześć lat w Afryce. Ja z matką, bo bracia trafili do wojska.
Muszę podkreślić, że ja do dziś czuję wdzięczność dla generała Andersa. Jako prezes Stowarzyszenia Polskich Kombatantów w Wielkiej Brytanii spełniam dług wobec żołnierzy, chcę oddać to, co mnie kiedyś ofiarowano.
Wróćmy, zatem do pańskiego listopadowego wyjazdu w gronie delegacji z Wielkiej Brytanii.
- Lecieliśmy przez Moskwę do Samary, to duże miasto, szóste pod względem wielkości w Rosji, spotkaliśmy się tam z lokalną Polonią. Dzień później dołączyli do nas przybysze z Polski. Jechaliśmy przez stepy autokarami przez klika długich godzin. Za oknem pustka, płaski, monotonny, na wpół wymarły teren. Przypomniała mi się wtedy historia jednego z uciekinierów, który opisywał to w swych wspomnieniach. Ten Anglik czy Amerykanin, który szedł tygodniami przez pustkę stepu i przez ten syberyjski śnieg, zobaczył w pewnym momencie drzewo. Gdy podszedł do niego to objął je, uścisnął i pocałował...
W czasie pobytu w Tockoje widzieliśmy miejsce pobytu żołnierzy polskich. To były skromne budowle, szałasy, namioty chroniące przez zimnym wiatrem i śniegiem. Widzieliśmy film archiwalny o tamtych czasach. Podobnie było w Buzułuku, gdzie mieścił się sztab gen. Władysława Andersa - też skromne miejsce, dziś mieści się tam m.in. szkoła. Ale mówię o tym, by podzielić się z panem pewnym spostrzeżeniem. Otóż w miejscach gdzie wtedy stacjonowali nasi żołnierze, do dziś jest wojsko. Rosjanie mają tam poligon i swoje jednostki. I muszę ze skrępowaniem przyznać, że warunki mimo upływu 70 lat wcale nie są lepsze. Bardzo to ubogie i takie niewojskowe. Nie tak w XXI wieku wyglądać powinna baza wojskowa.
Chciałbym jeszcze dodać, że córka generała Andersa, pani Anna Maria Anders-Costa, wszędzie nam towarzyszyła i jak my podążała śladami polskiego wojska. Będę chyba wyrazicielem wszystkich, gdy powiem, że jej postawa zasługuje na uznanie i szacunek. Podobnie chciałbym wyrazić wdzięczność dla ministra Jana Ciechanowskiego, kierownika Urzędu ds. Kombatantów i Osób Represjonowanych za przygotowanie tego wyjazdu, podziękować za umożliwienie kombatantom jeszcze jeden raz, może ostatni w życiu, odwiedzenia polskich grobów na Syberii. Pamięć o polskich żołnierzach pozostaje trwała.
TAGI:
czesław maryszczak
wielka brytania
syberia
władysław anders
kombatanci
historia