Zacznę naszą rozmowę od należnych ci gratulacji! Trzecie miejsce w jednym z najbardziej prestiżowych konkursów gitarowych w USA to już nie przelewki. Podejrzewam, że przeżycie było ogromne?
- Dziękuję bardzo. Tak, to było naprawdę coś niesamowitego. "Guitar Superstar", organizowany przez jedno z dwóch najbardziej renomowanych pism gitarowych na świecie "Guitar Player", jest konkursem z siedmioletnią już tradycją. Podejrzewam, że większość gitarzystów czułaby się mocno usatysfakcjonowana mogąc wziąć w nim udział. Bo w końcu być jednym z pięciu finalistów wyselekcjonowanych z setek zgłoszeń, a w końcowym rezultacie jednym z trzech najlepszych gitarzystów w USA według "Guitar Player", mówi samo za siebie. Gdy Larry Carlton, prowadzący całą imprezę, wyczytał moje nazwisko, jako trzeciego zwycięzcy, poczułem ogromna ulgę. A równocześnie ogarnęła mnie ogromna radość, która trzyma mnie nieustannie do dziś! Przez dwa tygodnie przed wyjazdem do Nashville czułem narastającą ogromną presję, a przed wyjściem na scenę miałem taki moment, że chciałem wziąć nogi za pas i po prostu uciec na lotnisko (śmiech).
A tak na poważnie, to owo wyróżnienie jest również dla mnie potwierdzeniem, że to, co robię ma sens i że jestem w stanie osiągnąć wszystko, co sobie zamierzyłem i wymarzyłem. A przepis jest banalnie prosty: ciężka praca, wiara i cierpliwość. No i oczywiście trochę szczęścia.
Pamiętasz, w trakcie naszej ostatniej rozmowy (Magazyn Polonia, maj 2009) stwierdziłeś, że nie żałujesz, że wyjechałeś z Polski, a ja zauważyłem, że "zarażasz optymizmem". Sądząc po ostatnich sukcesach, chyba większych zmian na tym polu nie ma?
- Wiesz, ja jestem takim modelem z wbudowanym optymizmem od urodzenia. I nawet, jeśli zdarzało się, że mi ten optymizm w pewnych etapach mojego życia szwankował, to i tak włączał się jakby zapasowy i wszystko było w porządku (śmiech). Gdybym nie był optymistą, zapewne nie wierzyłbym w to, co robię. Pewnie nie miałbym tyle cierpliwości do ćwiczeń, do nagrywania, do wysyłania materiału w różne miejsca. Zauważ, że wszyscy ludzie z pasją są optymistami… A co do wyjazdu z Polski… No cóż, oczywiście, że wolałbym mieszkać w Polsce i mieć takie warunki i możliwości, jakie mam tutaj. Ale widocznie nie można mieć wszystkiego.
Czujesz się bardziej artystą polskim czy amerykańskim?
- Jestem Polakiem i zawsze nim będę. Urodziłem się w Polsce, w Kamiennej Górze na Dolnym Śląsku i przy każdej okazji to podkreślam. "Urabura, Kamienna Góra", jak to się często witamy ze znajomym pochodzącym również z tego miasta (śmiech). Od momentu rozpoczęcia mojej, w sumie wyboistej, drogi do kariery muzycznej, wiele osób do mnie pisało, czy też mówiło mi przy okazji jakiegoś spotkania, że w takich momentach, cieszą się, że są Polakami. To naprawdę buduje.
Skoro tak, to jak to jest być polskim artystą w Stanach Zjednoczonych?
- Przede wszystkim, to jest trudno być artystą w ogóle. Moja żona, Iwona, może coś więcej powiedzieć na ten temat (śmiech). Wiesz, od zawsze było ciężko przebić się w biznesie muzycznym, chociaż nie uważam, że bycie Polakiem, Japończykiem, czy Amerykaninem ma jakieś większe znaczenie. Muzyka jest językiem uniwersalnym, bez narodowości, bez rasy, takie swoiste esperanto. Natomiast ważne jest, w jakim stopniu tym esperanto operujesz.
Zawsze czułem, że Ameryka docenia tych, którzy są w czymś dobrzy i naprawdę czegoś chcą. Ja zawsze bardzo pragnąłem być muzykiem, nagrywać płyty, grać koncerty i tak się dzieje.
I szczerze powiedziawszy, rzadko myślę o tym przez pryzmat bycia Polakiem mającym jakieś tam marzenie w Stanach, po prostu prę do przodu. Czasem mam takie wrażenie, że my Polacy jesteśmy bardzo zakompleksionym narodem, nie wiedzieć zupełnie, dlaczego. Taka anegdota z Nashville: po zakończeniu występu, gdy już wysłuchałem, co ma do powiedzenia jury, padło pytanie skąd jestem? Odpowiedziałem, że mieszkam w Justice w Illinois, ale że pochodzę z Polski. Na to Carl Verheyen odpowiedział, że nie miał pojęcia, że Polacy maja takich gitarzystów. Przez moment głupio się poczułem, trochę jakbym był z trzeciego świata, bo przecież ja wiedziałem, że Polacy mają świetnych gitarzystów i to dużo bardziej znanych ode mnie. Potem przy obiedzie podszedł do mnie i przeprosił za to i przyznał, że zrobiło mu się nieswojo, gdy zrozumiał, że strzelił gafę. Szczerze wierzę, że nie chciał mnie urazić. Mówię
o tym, żeby podkreślić jak nas widzą, a może raczej nie widzą, ludzie z branży.
TAGI:
Arek Religa
muzyka
polak
usa
nagroda
gitara