Wyjazd z Polski był dla mnie "skokiem w przepaść"

  USA


Magazyn Polonia, dodano: 2012-02-22 (12:44)

DrukujAAA

Miasto Aniołów, fabryka snów, świat spełnionych marzeń dla wszystkich tych, którzy szukają sukcesu, sławy i pieniędzy - Hollywood i jego blichtr jeszcze 20 lat temu było światem praktycznie nieosiągalnym dla większości polskich artystów. Prawdą jest, że niewielu z nich udało się zaistnieć, choć wielu próbowało. Jest jednak garstka tych, którzy osiągnęli popularność nie tylko w Ameryce, ale i na całym świecie.

Marek Probosz - człowiek sukcesu na obu półkulach, aktor, reżyser, autor książek, scenarzysta, profesor aktorstwa na Uniwersytecie Kalifornijskim w Los Angeles, gościł na chicagowskim festiwalu, promując swój najnowszy film "Bokser".

Dlaczego został Pan aktorem?

- Aktorem się urodziłem. Nigdy nie musiałem się martwić, kim chciałbym zostać. Nie miałem wyboru. Po raz pierwszy stanąłem na scenie w sztuce Andersena "Księżniczka na ziarnku grochu" w Teatrzyku Baśni w Żorach. Miałem wtedy sześć lat, nie umiałem jeszcze czytać, roli Błazna nauczyła mnie na pamięć mama. Mam wrażenie, że ten kostium, ta czapeczka z dzwoneczkami, ciętość języka błazna, który ośmiela się mówić prawdę "władcom na ich królewskich dworach", przylgnęły do mnie na zawsze.

Wyjechał Pan z Polski w końcówce lat 80. Jak trudna to była decyzja z punktu widzenia aktora i jak sobie Pan poradził na obcej ziemi? Jakie były początki tej drogi?

- Wyjazd z Polski był wtedy biletem w jedną stronę, skokiem w przepaść. Nie było internetu, komórek. Za wybór wolności płaciło się wysoką cenę. Porzuciłem kraj, rodzinę, język, aktorską karierę. Wyleciałem z Hamburga do Los Angeles, w nieznane, chociaż na zaproszenie dyrektora artystycznego American Cinematheque, Gary'ego Esserta, który obeznany był z moimi czeskimi filmami nagrodzonymi na międzynarodowych festiwalach w Cannes, San Sebastian, Karlovych Varach. Wizę otrzymałem na trzy tygodnie, zdecydowałem się pozostać i zacząć życie od zera. Początki były trudne, bo nie znałem języka, nie byłem członkiem SAG - Związku Amerykańskich Aktorów Filmowych. Zajęło mi to około roku. W międzyczasie byłem współscenarzystą, napisałem też sztukę teatralną "AUM albo torturowanie aktorów", którą reżyserowałem później w dwóch teatrach w Los Angeles. Wreszcie zagrałem w pierwszym telewizyjnym show, "How To Survive In Hollywood", dzięki czemu otrzymałem legitymację związkową, przepustkę do bram Studiów Hollywood.

Jak czuje się Pan w Los Angeles? Czy to miejsce na dobre stało się dla Pana drugim domem?

- Mieszkam w Santa Monica, tu jest mój dom. W przyszłym roku wybije ćwierć wieku, odkąd przybyłem do Miasta Aniołów. Jeszcze nigdzie nie zabawiłem tak długo. Tutaj urodziły się moje dzieci, Walentynka i Wincent, tu posadziliśmy im z żoną przed domem ich drzewo życia. Na pobliskim Uniwersytecie - UCLA, wykładam od lat aktorstwo, jutro na przykład na moje zajęcia wpadnie gwiazda Hollywood, Annette Bening. Otwieram drzwi i piechotą mogę wyskoczyć nad ocean, by podziwiać zachód czy wschód słońca. Przywykłem do tej filmowej scenerii, słońca, terkotu kamer i szumu palm. Nie zapomniałem, skąd pochodzę, ale to miejsce inspiruje mnie wciąż zmienną, pulsującą energią. Nie tylko czuję się tu jak w domu, tu jest mój dom.

Zagrał Pan w ponad 50 produkcjach filmowych u boku wielu amerykańskich sław. Czym się różni nasz rodzimy "warsztat filmowy" od tego hollywoodzkiego, czy nauczył się Pan czegoś, czego nie dała Panu edukacja w polskiej filmówce?

- Hollywood to wrzutka na najgłębszą wodę. Kiedy się gra ze sławami typu Warren Beatty, Annette Bening, Murray Abraham, Don Cheadle czy Henry Goodman, pojmuje się zupełnie inną przestrzeń artystycznej odwagi, to są innego rodzaju wyzwania. Szkoła polska jest hermetyczna, oparta na tradycji, narzucane są silne osobowości profesorów, a później dyrektorów teatrów. Indywidualność nie jest w najwyższej cenie. W Ameryce droga do szczytu to hołubienie przebojowych indywidualności, tutaj wymaga się podjęcia pełnego ryzyka, trzeba stawiać wszystko na jedną kartę.
1 2 3 z 3 następna


TAGI:  marek probosz  film  polak  usa  hollywood  reżyser  kultura  polska 

oceń
1
0
Podziel się
zobacz ranking


Opinie

Ten materiał nie ma jeszcze żadnej opinii. Twoja może być pierwsza!

Marek Probosz jako roman Polański w filmie "Helter skelter"
Marek Probosz jako roman Polański w filmie "Helter skelter" (fot. Magazyn Polonia)

Baza wiedzy

  • Jak znaleźć pracę za granicą?
  • Jakich dokumentów potrzebujesz?
  • Jak uczyć dzieci polskiego? Gdzie jest polski kościół?
Odpowiedzi na te pytania i wiele innych znajdziesz w naszej bazie wiedzy

Sonda

Czy władze Ogniska Polskiego powinny sprzedać jego siedzibę?


Pogoda

Waszyngton

Waszyngton +29+18°C

Więcej w serwisie:
pogoda.wp.pl

Kursy walut

$ USD 3,4589 -0,55

£ GBP 5,4178 -0,58

€ EUR 4,3510 -0,35

Więcej w serwisie:
waluty.wp.pl

Newsletter

Zapisz się na newslettera:

Szukaj w serwisie

Który kraj Cię interesuje?

mapa Wybierz z listy kraj, z którego informacje Cię interesują:

Galerie

wszystkie galerie

Wasze komentarze

WP pisze tylko

WP pisze tylko o takich sensacyjnych bzdurach a nie o konkretnych sprawach. Olać ten portal niech za... do 67 na minimalnych pensjach.

więcejDodał: andre, godz. 23:24

co

co to sie robi pederasta w radzie parafialnej, czy w tej austrii nie ma już zdrowych ludzi ?

więcejDodał: ilona, godz. 15:00

Coś wam opowiem.

Coś wam opowiem. Fakt jest koło 24, słucham sobie TV info na antenie dokument "Co się stało z naszym zjazdem" ( chyba jakoś tak ). Tv mały lcd może 5w głośniki. Lato zeszłego roku, są prace przy ocieplaniu budynku, mam balkon otwarty, ale...

więcejDodał: Gość, godz. 14:22

Partnerzy medialni

Archiwum

Poprzedni miesiąc Następny miesiąc Maj 2012
pn wt śr cz pt sb nd
30 1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31 1 2 3