Z Rosjanką
Svetlaną Savrasovą, tłumaczką pracującą w brytyjskiej policji, autorką napisanej w języku polskim książki "Masz tylko dziadka, Lenina i Boga", rozmawia Piotr Gulbicki.
Pani książka to 35 opowiadań, 35 różnych historii.
- Taka swoista, porwana nitka paciorków - każdemu złoży się inaczej, każdy zrozumie ją na swój sposób. To owoc moich wieloletnich doświadczeń; chcę pośmiać się razem z wami, pokazać Wielką Brytanię, której na pierwszy rzut oka nie widać.
Głównymi bohaterami książki są Polacy.
- W zdecydowanej większości. Nie przypadkowo, gdyż Wyspa została zalana przez falę emigrantów znad Wisły; o każdej jej kropli można by wiele pisać. Wystarczy powiedzieć, że na jednego Rosjanina, którego spotykałam w pracy, przypadało dziesięciu Polaków, a na jednego Gruzina - 500 waszych rodaków. Siłą rzeczy czułam bardziej po polsku, ale czy się spolszczyłam? Tak bym nie powiedziała.
Czym różnimy się od innych nacji?
- Przede wszystkim katolickim sumieniem - często nie takim czystym, jak by się chciało; mądrością - wynikającą z historycznych doświadczeń i poniesionych krzywd; elokwentnością; a także dobrym, chociaż czasami naiwnym postrzeganiem świata.
Miała pani wcześniej kontakty z Polakami?
- Mój ojciec był rosyjskim żołnierzem, w latach 60. ubiegłego stulecia jego jednostka stacjonowała w
Kluczewie na Pomorzu. Ja urodziłam się w Szczecinie, natomiast młodość spędziłam w Mińsku, gdzie skończyłam studia na wydziale radioelektroniki. Było dużo nauki, ale nie żałuję. Po kursie matematyki wyższej i mechaniki kwantowej zaczęłam poprawnie pisać po rosyjsku, angielsku i nawet białorusku - do tego stopnia, że zostałam dziennikarką. Pracowałam w odpowiedniku Polskiej Agencji Prasowej w ZSSR specjalizując się w popularyzacji osiągnięć naukowych. Później skupiłam się na pisaniu o ludzkich losach, publikowałam na łamach młodzieżowego miesięcznika "Parus", ukazującego się w nakładzie miliona egzemplarzy. Dostałam nawet nagrodę za debiut literacki.
Poważna sprawa...
- Jeszcze jak (śmiech). Pamiętam, że pożyczyłam od taty 30 rubli, żeby świętować to wydarzenie z przyjaciółmi, gdyż nagrody starczyło tylko na zagrychę... Przełomowym momentem w mojej dziennikarskiej karierze okazał się artykuł "Dzieci Czarnobyla", którego jednak nikt nie chciał wydrukować. Traf chciał, że akurat przebywał w Mińsku polski dziennikarz Jacek Juźwiak, który spolszczył tekst i wydrukował go w "Prawie i Życiu", dodając mój adres domowy na końcu. Po dwóch miesiącach dostałam z Polski 43 listy, później napływały kolejne. W ten sposób powstał społeczny ruch "Dzieci Czarnobyla". Dzięki jego działalności w ciągu trzech lat osiem tysięcy młodych ludzi wyjechało na wakacje do Polski, a 29 wychowanków sierocińców ze strefy zakazanej zostało zaadoptowanych przez polskie rodziny.
Pani życie też uległo zmianie.
- Podczas jednego z wyjazdów poznałam polskiego muzyka jazzowego, za którego wyszłam za mąż, zostając warszawianką. Opuściłam Związek Radziecki, który mocarnie się rozpadł - dokładnie miesiąc po moim wyjeździe. Mieszkałam na Mokotowie, później na Woli. Żeby utrzymać siebie, dziecko i męża-szarpidruta pracowałam w szkole, gdzie wykładałam język rosyjski, później znalazłam posadę sekretarki w agencji reklamowej, a następnie przeszłam do europejskiej centrali firmy elektronicznej. Z ulgą rozstałam się z mężem, nie jestem chyba wystarczająco jazzowa.
Wtedy pojawił się kierunek brytyjski?
- To było dokładnie 12 lat temu. Przyjechałam tu na prośbę trzeciego męża, Anglika, któremu zamarzyło się wrócić na emeryturę do ojczyzny. Miałam nadzieję, że wreszcie skończy się moja praca tłumaczki przy nim, ale kiedy zakotwiczyłam w uroczym miasteczku
Weymouth okazało się, iż nic z miejscowej gwary nie rozumiem i sama potrzebuję tłumacza. To było dziwne uczucie, w końcu w Polsce pracowałam w amerykańskiej spółce i angielskim posługiwałam się na co dzień. Co więcej, tego języka uczyłam się od siódmego roku życia w szkole specjalistycznej, na maturze miałam egzamin zarówno pisemny, jak i z literatury angielskiej, tłumaczeń technicznych oraz wojskowych. Spokojnie mogłabym wypatroszyć komandosa, co do numeru jego jednostki wojskowej, nazwisk zwierzchników czy dyslokacji kontyngentu, ale co mówi potężny, zbójopodobny gość z ołówkiem za uchem - czy przyszedł naprawić zmywak czy zainstalować telewizyjny talerz - nijak nie mogłam zrozumieć. Nic do mnie nie docierało przez pierwsze pół roku. To podrażniło moją dumę - zacisnęłam zęby i zaczęłam przysłuchiwać się każdej rozmowie w sklepie, wyławiać zdania w autobusie czy na poczcie. Po roku byłam już zarejestrowana w miejscowej policji, jako... tłumacz języków ZSRR. Moje wyjaśnienia, że litewski czy gruziński są odrębnymi językami, a nie regionalnymi dialektami rosyjskimi, nie zrobiło na superintendencie żadnego wrażenia.
TAGI:
Svetlana Savrasova
pisarka
polska
polacy
emigranci
wielka brytania