Mój tata jawi mi się jako najlepszy ojciec na świecie. Przyjechał do Ameryki jesienią 1976 roku, miałam wówczas dziewięć lat. Mimo że wtedy listy szły tygodniami, mieliśmy ciągły kontakt. Dostawałam od niego kartki na każdą okazję, zbierałam je i trzymałam jak relikwie. Obie z siostrą miałyśmy nadzieję, że któregoś dnia zrobi nam niespodziankę i stanie w drzwiach. Dbał o nas bardzo, ciągnął dwie prace i dochód z jednej wydawał na paczki dla nas. Nie tylko zresztą dla nas, ale i dla dalszej rodziny, a nawet ubogich sąsiadów. Dzień zaczynał od odbierania telefonów - ciągle ktoś czegoś od niego potrzebował.
Zawsze pomagali
Tydzień po śmierci taty dziennikarka zapytała, czy to prawda, że oboje z mamą pomagali przez 10 lat bezdomnemu człowiekowi. Prawda. Była ostra zima, w okolicy garażu tata zobaczył zziębniętego człowieka, zabrał go do domu, nakarmili go z mamą, dali ubranie i miejsce do spania. Okazało się, że był bezdomnym alkoholikiem. Czynili starania, żeby poszedł na terapię, ale z domu wyrzucić go nie potrafili. Każdego ranka wołał do mamy: Pani Marylko, kawusię, kawusię! A mama tę kawusię robiła - bo głodnego nakarmić, spragnionego napoić. Kiedy pomagał w drobnych pracach przy domu, tata mu płacił, a on te pieniądze przepijał i puszczał z dymem papierosów. Nie podobało mi się, że pozwalają się tak wykorzystywać. Wreszcie, po dziesięciu latach, znaleźli jego rodzinę w Polsce i odwieźli go do kraju. Tego rodzaju zachowania taty złościły mnie niejeden raz.
Dzisiaj, po jego śmierci, podchodzą do mnie ludzie, także tacy, których nie znam, i mówią:
- A mnie twój tato umeblował zaraz po przyjeździe z Polski, kiedy zupełnie nic nie miałam.
- A mnie pomógł w przeprowadzce.
- Załatwił mi pracę.
- Leżałem w szpitalu i nie mogłem podnieść się z łóżka przez jakiś czas, a on przyjeżdżał do mnie nawet i dwa razy dziennie i karmił mnie.
Kiedy to słyszę, to serce mi się ściska i myślę: o co ja się złościłam?
Mojego syna wyniańczył od urodzenia do siódmego roku życia. Zabierał go na parady trzeciomajowe, na spotkania harcerzy, msze święte za ojczyznę. Wkładał mu do głowy historię Katynia do tego stopnia, że kiedyś mały Daniel powiedział do księdza, że nigdy nie pojedzie do Polski, bo Rosjanie zamordowali jego pradziadka, więc i jego też zamordują. Odkręcaliśmy to później tłumacząc dziecku, że to nie tak.
Trzy córki mojej siostry wychowywał jak ojciec. Do chłopaka wnuczki, córki mojej siostry, potrafił zadzwonić i powiedzieć, że ponieważ jest kimś więcej niż tylko dziadkiem, więc ma prawo wiedzieć, jakie pan ma zamiary i jeżeli nie są one poważne, to do widzenia. Dziadek wiedział wszystko o każdym ruchu wnuczek.
Ten pomnik "nosił w sobie" całe życie
Pomysł na pomnik katyński i potrzebę jego zrealizowania nosił w sobie chyba całe życie. Pamiętam, jak zabrał mnie kiedyś na cmentarz, gdzie był malutki grób naszej siostry - bo pierwsze dziecko rodziców zmarło - na którym tata wyrzeźbił w kamieniu figurkę dzieciątka Jezus. Właśnie tam powiedział do mnie, że kiedyś dotrze do Katynia, w którym zginął jego ojciec i przywiezie stamtąd choćby odrobinę ziemi oraz postawi pomnik. W tamtych latach nie było możliwości, żeby przywieźć cokolwiek z Katynia, a pomnik upamiętniający jego ofiary był absolutną abstrakcją.
Pierwsze rysunki pomnika tata robił już w 1977 roku, tworzył też makiety z jakiegoś tworzywa. Na początku nie myślał z rozmachem, nie miał poparcia, nie miał jeszcze papierów, do tego był mocno zajęty pomocą dla nas i sprawą ściągnięcia nas do Stanów.
Latem 1993 roku przyleciał do Stanów kardynał Józef Glemp i tata zwierzył mu się ze swojego marzenia. Kardynał powiedział, że błogosławi i jego, i tę ideę. Rok później mój ojciec powołał do życia Komitet Budowy Pomnika Katyńskiego. Kiedy w archidiecezji chicagowskiej nastał kardynał Francis George, ksiądz prałat Zdzisław Peszkowski, kapelan Rodzin Katyńskich, z którym tata był w stałym kontakcie, stwierdził, że trzeba poprosić o audiencję w sprawie pomnika w Chicago. Poza nimi był też biskup Jakubowski i księża Dzieszko i Osuch. Kardynałowi Georgowi sprawa zbrodni katyńskiej nie była obca. W wyniku tej rozmowy kardynał przyznał miejsce na pomnik na cmentarzu w Niles. Jaki tata był szczęśliwy! Nareszcie jego marzenie zaczęło się krystalizować. Miał wtedy 60 lat.
TAGI:
katyń
smoleńsk
polacy
chicago
pomnik
wojciech seweryn
usa